Recenzja ta nie jest pisana na świeżo, zdążyłem kilka spraw przemyśleć, a przede wszystkim zastanowić się nad końcową oceną filmu. Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że film ten, to kolejna świetna robota Marvela, był to wizualny majstersztyk i na pewno wiele razy w tym tekście pojawi się do tego odwołanie. Obejrzałem produkcję w wersji 2D, gdyż często efekt trójwymiaru wywołuje u mnie ból i zawroty głowy. Mimo to, nie zawiodłem się ani razu, ekran uraczył mnie ucztą dla oczu i mam nadzieję, ze nie byłem jedyny, który dzięki temu wszedł do świata filmu bez problemu, wraz z przechodzeniem efektów specjalnych podróżowałem po multiwersum wraz ze Stephenem. Na pewno po premierze filmu na Blu-Ray odświeżę sobie jeszcze raz, by na spokojnie przyjrzeć się wszystkim tym genialnym zdjęciom, ale też easter egg’om, które Marvel Studios tak uwielbia umieszczać w swoich produkcjach.

Sednem produkcji jest historia doktora Stephena Strange’a, jego początki, czyli tak zwany „origin story.” Może przedstawię tę historie w skrócie. Na wstępie widzimy, ze jest on genialnym neurochirurgiem, który przez przeżycie tragicznego wypadku traci władzę w dłoniach i za wszelką cenę próbuje odnaleźć sposób na to, by odzyskać swoje umiejętności. Zainspirowany pewnym faktem trafia do Kamar-Taj, miejscu, w którym poznaje Ancient One (Starożytnego), który jest potężnym magiem i tam zaczyna przyjmować nauki magii motywowany możliwością odzyskania swojej dawnej sprawności. Oczywiście chociaż różni się ona od komiksowej, a z tą również polecam się zapoznać, jest przedstawiona w sposób bardzo dobry i zrozumiały. W reszcie recenzji postaram się nie spoilerować i nie zdradzać fabuły tym, którzy jeszcze z produkcją nie mieli żadnej styczności. Będę próbował bazować tylko na tym, co mogliśmy zobaczyć w zwiastunach i opisach.

Warto zacząć od tego, że dzięki najnowszemu filmowi Marvela, do świata Marvel Cinematic Universe zostaje wprowadzona po raz pierwszy magia. Wcześniej próbowano to zrobić, można było to zobaczyć między innymi w Thorze, to ostatecznie wyjaśniono to wszystko w sposób naukowy i że bogowie, to tak naprawdę kosmici. Tutaj od samego początku nie ukrywa się, że mamy do czynienia z magią i świat płynnie wprowadza nas w ten mistyczny świat, pokazując jak czarodzieje czerpią energię z innych wymiarów. Jak mówi sama Starożytna, należy zapomnieć wszystko, czego do tej pory się nauczyliśmy. No i tak właściwie jest, ponieważ podróż po multiwersum odsłania wiele spraw, które nie mogłyby znaleźć naukowego wyjaśnienia. Nie jest to tak, jak np. w Harrym Potterze, że magowie wypowiadają tajemne zaklęcia i czarują. Jest to bardziej coś na wzór starych filmów kung-fu, do których dodane zostały efekty mistycznych sztuk walki i zabawę z artefaktami, co oczywiście jest genialnym zabiegiem. Czarodzieje tworzą z czerpanej energii bronie, promienie, zasłony, a nawet potrafią przekształcać rzeczywistość, co można zobaczyć na wielu zwiastunach i materiałach produkcyjnych. Walki przedstawione są tak, że postacie mają wyraźny kontakt ze sobą, po prostu się biją, a nie jakieś nudne ciskanie w siebie promieniami. Film sam w sobie pod tym względem jest bardzo dynamiczny. W filmie nie ma momentu, w którym chciałoby się przysnąć lub zwiesić głowę w dół. Cały czas coś się dzieje, a jeżeli mamy moment spokoju, to zachwycają nas efekty specjalne lub genialnie wykonane zdjęcia. Scott Derrickson odwalił kawał dobrej roboty wprowadzając takie zabiegi do swojej produkcji. Jest dokładnie tak, jak obiecywał – psychodela zmieszana z akcją, magia oddziałująca na rzeczywistość, coś po czym mózg chce właśnie eksplodować (oczywiście w pozytywnym znaczeniu tego stwierdzenia). Według mnie, film ten zasługuje na miano najbardziej nadzianego akcją i scenami walki filmu MCU.

Fabuła niestety nie jest głęboka, nie ma specjalnych twistów akcji, dzięki którym zaprze nam dech w piersiach, ale nie tego powinniśmy szukać w filmach o superbohaterach. Według mnie uczta wizualna nadrabia wszystkie braki strony fabularnej. Warto skorzystać z myśli, że może ta fabuła została skonstruowana tak celowo, ponieważ nie jest męcząca i toczy się sprawnie, co pozwala nam w pełni korzystać z innych dóbr oferowanych przez film. Prostota linii fabularnej przenosi naszą uwagę dokładnie na to, co chciał nam przedstawić reżyser. Nawet w pewnym sensie podkreśla to wszystko i nas na to przygotowuje, nie męczy mózgu, a go relaksuje. Dzięki temu nasze zmysły mogą w pełni chłonąć ten pokręcony, kolorowy, niesamowity świat mistycyzmu i magii. Pomysłu takiego jak w tym filmie, szczerze muszę przyznać, nie widziałem w żadnym innym filmie, nawet niektórych sobie nie wyobrażałem. Sceny walki, gdzie zmienia się rzeczywistość przybija do ekranu, gdzie przykładem może być scena w pokoju, gdzie zmienia się grawitacja, pokój się wydłuża, można chodzić po sufitach, ale nie będę spoilerował, każdy sprawdzi sam. Widowisko to jest także odmienne od tego, do czego przyzwyczaiły nas poprzednie filmy Marvela, gdzie mamy klasyczne wymiany ciosów, Iron Man strzela z kombinezonu, a Kapitan oddaje mu tarczą, kruszą się budynki… Tutaj mamy zupełnie coś nowego, coś innego, coś niesamowitego, aż brak słów, by opisać to, co dzieję się na ekranie. Pod tym względem produkcja zupełnie oddala się od Marvel Cinematic Universe, ale zmiana ta wbrew pozorom sprawia, ze film staje się jeszcze bardziej genialny.

No dobra… Mamy już widowisko, efekty specjalne, ale co z grą aktorską? Według mnie, milczenie na ten temat byłoby grzechem, bo wszyscy aktorzy genialnie wypadli w swoich rolach, które, warto wspomnieć, zostały bardzo ciekawie napisane i nie zawiodłem się na żadnej z postaci. Mogę powiedzieć, że niektóre z nich mnie bardzo zaskoczyły. Film przede wszystkim warto zobaczyć dla Benedicta Cumberbatcha i pewnie wielu ludzi z tego powodu udało się do kina. Jest on niesamowitym aktorem, a w roli Stephena Strange’a wypada wprost fenomenalnie. Największym zaskoczeniem jednak, mimo wcześniejszych wątpliwości, była Tilda Swinton, na której postać wszyscy narzekali. Bo wiecie, w komiksach Ancient One to taki typowi chiński staruszek z długą brodą, a tutaj mamy co? Ogoloną na łyso kobietę, która jest tak niekanoniczna, ze budzi ostatnie kręgi piekielne. Jeżeli jesteś jednym z tych ludzi, to koniecznie zobacz ten film, przełam się, bo naprawdę warto. Od samego początku do samiutkiego końca, Tilda Swinton była niesamowita. W każdym momencie, gdy się pojawiała od razu przykuwała moją uwagę, a wystarczyło tylko spojrzeć na nią, by sprzedała nam ten element mistycyzmu, którego oczekiwaliśmy. Sam jej sposób mówienia, poruszania sprawiał, że od razu ujrzałem w niej starożytnego mistrza, to było genialne, niesamowite. Mam za mało słów, by opisać taką grę aktorską. Po raz kolejny mamy dowód, że oryginalne historie wcale nie muszą być biblią, której twórcy muszą przestrzegać. Tak drastyczna zmiana okazała się jednym z najlepszych zabiegów dla tego filmu. Scott Derrickson sprawił, ze zmiana w źródle tak współgrała z tym filmem, że większość nawet tego nie zauważyła, zrobił prawdziwy majstersztyk. Pomysł na Tildę, to nie była zmiana, na którą ktoś miał wcześniej wizję, przemyślał to dokładnie, by wszystkie zębatki mogły pracować bez żadnych przeszkód. Wizja ta działa cudownie, a nawet stała się jednym z trybów napędowych, który sprawia, że film jest świetny. Obok Benedicta Cumberbatcha, Ancient One jest najlepszą postacią w całym filmie. Warto również docenić aktorów drugoplanowych, z których najbardziej spodobał mi się Benedict Wong, jako Wong. Wprowadził trochę typowego dla Marvela humoru na ekran. Zagrał genialnie i w scenach z nim i Strangem bawiłem się świetnie, nie brakowało także kupy śmiechu. Złoczyńca, tutaj zagrany przez Madsa Mikkelsena, to już typowy dla Marvela zły charakter. Pełni funkcję w budowie historii głównej postaci, aczkolwiek nie jest szczególnie ważny, ani wciągający, ani za bardzo rozbudowany. Wielu może powiedzieć, że był on zagrany i stworzony nieumiejętnie, ale to błędne myślenie. To przecież pierwszy przeciwnik niedoświadczonego, dopiero co zaczynającego maga, więc nie mógł być przepotężny. Jeżeli chodzi o jego słabą rozbudowę, jak i małe rozbudowanie innych postaci, bo z takimi opiniami również się spotkałem, to nie można oczekiwać, ze ktoś będzie aż tak bardzo dbał o postacie drugoplanowe, skoro mamy tu „origin story” tytułowego bohatera. Marvel tak tworzy swoich bohaterów, byśmy byli nimi zachwyceni i z niecierpliwością czekali na kolejny film, więc na tytułowej postaci się skupiają. Myślę, że udaje im się to bardzo dobrze i potrafią to robić najlepiej, bo czy jest bohater, którego historie powstania mogliśmy obejrzeć na wielkim ekranie i go nie lubimy, albo jeżeli nie darzymy go sympatią, to czy został źle przedstawiony? No chyba nie… Poświęcanie czasu ekranowego, na złoczyńcę, który już nigdy więcej się nie pojawi kosztem scen rozwijających bohaterów po prostu jest mało opłacalny. Ich filmy są wielkimi sukcesami, działa to od zawsze, więc dlaczego mieliby to zmieniać? Spotkałem też się ze zdaniami, by twórcy zrobili „drugiego Lokiego.” Ale po co? Loki jest tak rozbudowaną postacią, ponieważ pojawia się w wielu kolejnych filmach, a co byśmy mieli po tym, jak spędzilibyśmy 1/4 czasu ekranowego poznając historię złoczyńcy, tylko po to, by mógł on zniknąć pod koniec filmu. Wracając do samego sedna Kaeciliusa granego przez Mikkelsena, to Mads jest na tyle dobrym aktorem, ze nie musi nic mówić, może po prostu pojawić się na ekranie, a już gdzieś tam rozbudzi nasz strach i poczucie, ze sprowadzi coś złego, zagładę na świat jako główny villain. Dla originu Stephena Stragne’a można śmiało powiedzieć, że ten rodzaj złoczyńcy doskonale zadziałał, pokazał nam jego rozwój i sceny z nim były bardzo dobrze zrobione i zagrane.

Podsumowując, z przyjemnością pływałem w tym mistycznym świecie, którego magia została bardzo dobrze przedstawiona. Nie tylko jeżeli chodzi o efekty wizualne, ale także przedstawienie samych artefaktów, tu najbardziej spodobała mi się Peleryna Lewitacji, która nie dosyć, że została wykonana w sposób niesamowity, to jeszcze dostarczyła nam trochę niewymuszonego, tak typowego dla Marvela humoru. Co do humoru, oczywiście pojawia się on w całym filmie, ale jak wielokrotnie powtórzyłem, wcale nie jest on wymuszony. Idealnie splata się z fabułą, dzięki czemu możemy się pośmiać, nie będąc zażenowanym tym, co dzieje się na ekranie. Jak zawsze, mamy wiele odniesień do komiksu, co dla fanów i geeków może być nie lada zabawą, aczkolwiek nie przytłacza to przeciętnego widza, który nie orientuje się wcale w uniwersum komiksowym. Powiązania z innymi filami z MCU jest bardzo subtelne, aczkolwiek odczuwalne. Oczywiście jak to u Marvela bywa, znalazły się tutaj dwie sceny po napisach, o których nie będę mówił, ale zapowiadają nam coś świetnego, coś, na co już czekam z niecierpliwością. Naprawdę, hype is real! Produkcję można obejrzeć praktycznie niezależnie, każdy może polecić to znajomemu jako kino rozrywkowe i na pewno nie poczuje się on zagubiony, a na pewno będzie świetnie się bawił i sam będzie mógł skosztować tej uczty wizualnej i może zachęci go to do obejrzenia poprzednich filmów tego studia.

Ocena Ogólna
Jeżeli chodzi o moje wrażenia, takie bez spoilerów, to chyba wszystko. Łącząc grę aktorską, wydźwięk filmu, rozrywkowość, efekty wizualne i dźwiękowe, śmiało mogę powiedzieć, ze dla mnie to najlepsza produkcja Marvela i oceniam go na 9,5/10.
95 %
Ocena użytkownika 4.52( 10 głosy)